Szukaj na tym blogu

środa, 30 listopada 2011

Przygody Tintina / The Adventures of Tintin: The Secret of the Unicorn (2011)

Gatunek: Animacja, Przygodowy
Kraj produkcji: Nowa Zelandia, USA
Reżyser: Steven Spielberg 
Aktorzy: Jamie Bell, Andy Serkis, Daniel Craig

Opis filmu: Adaptacja belgijskiego komiksu autorstwa Herge. Tintin jest młodym dziennikarzem-detektywem, specjalizującym się w rozwiązywaniu zawiłych zagadek kryminalnych. Pewnego dnia na pchlim targu udaje mu się kupić wyjątkowy model żaglowca zwanego „Unicorn”, nie podejrzewając nawet, że skrywa on w sobie tajemnicę największego skarbu w historii. Młody dziennikarz będzie musiał odbyć wyścig do jego odnalezienia ze złym Ivanovichem Sakharine. Z pomocą Tintinowi przyjdą: mały foxterier Snowy oraz kapitan Haddock, który zamiast dowodzić niesubordynowaną załogą częściej zagląda… do butelki.

On: Już dobrych kilka lat temu słyszałem o tym, że marzeniem Stevena Spielberga jest zrealizować film o Tintinie i przyznam szczerze, że nie wiedziałem wtedy za bardzo o co chodzi? O co tyle hałasu? Człowiek, który zrealizował takie filmy jak „Indiana Jones”, „Jaws”, Jurassic Park” czy „Minority Report” chce realizować ekranizację komiksu… Trochę to było dla mnie dziwaczne. A potem okazało się, że Spielberg zabrał się za robienie tego filmu, zamiast kręcić kolejnego „Indianę Jonesa”! „I po co?!” – pytałem. „Rozumiem, że jest fanem komiksu, ale robić ten film tylko dlatego? Tylko dla siebie? No bo ludzi to nie zainteresuje…”. W końcu dowiedziałem się, że całość jest koprodukcją: Steven Spielberg-Peter Jackson. „No dobra” – pomyślałem. „Robi się ciekawie…” Mimo to pierwszy trailer mnie nie zachwycił: dobrze to wyglądało, ale – że tak powiem – nie czułem klimatu. No i rewolucji technicznej pod względem grafiki komputerowej nie było tam widać. A potem pojawiły się kolejne zapowiedzi, które… były już znacznie lepsze: dało się odczuć rozmach i ducha przygody. Do kina na seans szedłem z pozytywnym nastawieniem i nie zawiodłem się. Wręcz przeciwnie – film jest o wiele, wiele lepszy niż się spodziewałem! W jednej z recenzji „Przygód Tintina”, z jakimi się zapoznałem, ktoś napisał, że Spielberg tym filmem daje lekcję kina tym wszystkim, którzy chcą go zastąpić. Zgadzam się z tym całkowicie. „Przygody Tintina” to jeden z najlepszych obrazów roku 2011. I nie należy się sugerować tym, że jest to „tylko animacja”. Wręcz przeciwnie – Spielberg zrealizował „Przygody Tintina” tak, jakby robił normalny film aktorski, a grafikę komputerową wykorzystał chyba tylko po to, aby całość była jeszcze bardziej odjechana i zabawna. Jest tutaj wiele sytuacji, sekwencji i zdarzeń, których w filmie aktorskim po prostu nie dałoby się zrealizować, lub w takowym wyglądałyby śmiesznie (w tym negatywnym znaczeniu). Ale po kolei… Już czołówka mówi widzom w jakim klimacie utrzymana będzie całość opowieści, a trzeba przyznać, że jest to „wizualny smakołyk” w starym, dobrym stylu. I w końcu widzimy pierwsze obrazy miejskiej ulicy i postacie – wszystko to w głębi 3D – i trzeba przyznać, że robi to niesamowite wrażenie. Czy jednak jest to tylko sam obraz i tyle? Czyli samo „efekciarstwo”, którego się wcześniej obawiałem? Nic z tych rzeczy! Opowiadana przez Spielberga historia wciąga i trzyma w napięciu od początku do samego końca, jednocześnie wiernie trzymając się komiksowego pierwowzoru. Jednocześnie reżyser zrealizował ten film, tak, jak wcześniej swój „Artificial Intelligence”, który miał być początkowo dziełem Coubrica. W tamtym filmie dało się odczuć coś z obu twórców kina. W przypadku „Przygód Tintina” Spielberg opowiada historię z komiksu, ubarwiając ją wieloma odwołaniami do produkcji filmowych. Wystarczy wspomnieć o szaleńczym pościgu z bijatykami, strzelaninami i eksplozjami w całości „skręconym” na jednym ujęciu (czego tam bohaterowie nie wyczyniają!!!). Albo pomysł, aby zestrzelić samolot jednym wystrzałem z pistoletu – genialnie proste i zabawne.J Coś takiego mógł zrobić tylko Spielberg!J Jeśli chodzi o postacie to skutecznie zapadają one w pamięć (co z pewnością jest zasługą komiksowego pierwowzoru). Niestety mam wrażenie, że tytułowy bohater został przyćmiony przez kapitana Haddocka i Snowy’ego, ale już tak chyba jest, że od postaci nieskazitelnych wolimy te ze skazą. Oczywiście samemu Tintinowi także nie można nic zarzucić. Poza tym Jamie Bell i Andy Serkis stworzyli fantastyczny duet – do ich bohaterów można poczuć szczerą sympatię i z zainteresowaniem śledzi się ich przygody. Wszystko to fantastycznie uzupełnia muzyka – John Williams zawarł w swoich kompozycjach wszystko to co fani jego twórczości (oraz filmów Spielberga) kochają najbardziej. Ta muzyczna wizytówka mistrza jest iście smakowitą ucztą dla smakoszy muzyki filmowej. Podsumowując: „Przygody Tintina” to jeden z najlepszych filmów przygodowych roku 2011! A może nawet najlepszy… Dla miłośników „Kina Nowej Przygody”  - rzecz obowiązkowa!
Ocena: 6


Ona: „Świat – a z nim technika i kino posunęły się do przodu, wymagania i apetyt widzów wzrosły, więc nawet jeśli byłeś mistrzem obrazu, a nie wskoczyłeś do pociągu nowych technologii – jesteś zwykłą gapą” – to szept współczesnej hollywoodzkiej maszyny do produkcji coraz wymyślniejszych i zaawansowanych technicznie filmów. Spielberg wracając w swoim serialu telewizyjnym „Terra Nova” do tematyki dinozaurów, zaginionych dziewiczych puszcz – wydawał mi się tą właśnie „gapą”, która zatrzymała się na sprawdzonych, ogranych do bólu motywach z czasów swojej nawiększej chwały. Swoją drogą serial nie przyciągną zbyt licznie widzów i nawet nazwisko wielkiego reżysera nic tu nie pomogło. Wiadomość o realizacji przez Spielberga „Przygód Tintina” w tym kontekście wydała mi się tym bardziej strzałem w reżyserską stopę – „mistrz zamknął się we własnym świecie dziecięcych sentymentów i próbuje widzów nakarmionych apokaliptycznymi wizjami brutalnego świata przekonać, że stateczek dryfujący po morzu i chłopiec z psiakiem mogą być interesujące jeszcze dla kogokolwiek, kto ukończył 5 rok życia – to nie może się udać” – oto moja kasandryczna diagnoza, która się... na szczęście nie spełniła.
„Przygody Tintina” to powrót do gry w iście królewskim stylu. Brawurowa historia na której świetnie można się bawić w każdym wieku, zrealizowana z godnym rozmachem i  przy niebanalnym wykorzystaniu technik komputerowych, tchnie świeżością, pasją i dobrym humorem. Porównania do „Indiany Jonesa” bardzo słuszne, z tym, że decydując się na animację – Spielberg zostawił sobie furtkę do realizacji szalonych pomysłów na sceny akcji, które w realu nie mogły by mieć miejsca. Przyznam, że film od napisów początkowych do napisów końcowych jest prawdziwym „cackiem”, dopracowanym w najmniejszych szczegółach (scenografia, postacie, ruchy, mimika). Ruch kamery jest dynamiczny, postacie i dialogi zabawne, a historia wciąga do ostatniej minuty. Z jednej strony mamy tu modne nawiązanie do filmów w dawnym stylu, z drugiej – mamy nowocześnie wykonane widowisko, które jest w stanie zaspokoić wybredne gusta głodnego nieustannych atrakcji widza. Ta pośrednia forma między filmem aktorskim a animacją jest do prawdy strzałem w dziesiątkę. Mistrz wrócił :)
Ocena: 5+

Brak komentarzy:

Popularne posty