Szukaj na tym blogu

czwartek, 29 grudnia 2011

Kiedy przegrani w życiu, stają się zwycięzcami w ringu…

Za wszelką cenę / Million Dollar Baby (2004)


Gatunek: Dramat 
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Clint Eastwood  
Aktorzy: Clint Eastwood, Hilary Swank, Morgan Freeman   

Opis filmu: Frankie Dunn prowadzi klub bokserski, w którym wytrenował wielu znakomitych pięściarzy. Pewnego dnia zjawia się tam Maggie Fitzgerald – 30-letnia dziewczyna, z bagażem wielu niepowodzeń życiowych, której marzeniem jest uprawianie boksu zawodowego i zdobycie pasa mistrzowskiego. Początkowo Frankie ignoruję dziewczynę, ponieważ nigdy nie trenował kobiet, jednakże dzięki namowom swojego jedynego przyjaciela – byłego boksera – wkrótce zmienia zdanie… 
Oceny - On: 6 / Ona: 5



Zapaśnik / The Wrestler (2008)

Gatunek: Dramat
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Darren Aronowsky
Aktorzy: Mickey Rourke, Evan Rachel Wood, Marisa Tomei  

Opis filmu: Randy "The Ram" Robinson jest zawodowym zapaśnikiem z wieloletnim doświadczeniem, który cieszy się szacunkiem kolegów po fachu i fanów, którzy go uwielbiają. Niestety ten wielki mistrz poza ringiem przestaje być zwycięzcą: nieustanne problemy z sercem zmuszają go do zakończenia kariery. Starania o poprawienie relacji z dawno niewidzianą córką oraz związek ze striptizerką, stają się jego szansą na rozpoczęcie „nowego życia”…
Oceny - On: 5+ / Ona: 6
                                                                         

Recenzje



On: Po wspólnym seansie filmu „Za wszelka cenę” jedno z nas słusznie zauważyło, że oba filmy mają wiele cech wspólnych. Dlatego też pomyśleliśmy, że warto je ocenić w tej oto zbiorczej recenzji. Obraz Eastwooda to już swoista legenda – film, który zaskoczył chyba wszystkich i nie znam nikogo, kto oceniłby go negatywnie. Jest to film, który na początku zapowiada się na kobiecą wersję „Rocky’ego”. I już ta jego część jest zrealizowana perfekcyjnie i na najwyższym poziomie. Historia dziewczyny, która przybywa jakby znikąd, udaje jej się przekonać do siebie i swoich umiejętności starego wygę i w końcu dotrzeć na szczyty sportowej kariery, jest interesująca. Nie przeszkadza widzowi świadomość, że jednak to wszystko już gdzieś było. To byłby bardzo dobry film, nawet gdyby opowiadał tylko o tym. Reżyser jednak nie byłby sobą, gdyby w pewnym momencie widzów nie zaskoczył. Druga połowa filmu to już jakby zupełnie inna opowieść. A może wcale nie – po prostu w pewnym momencie widz orientuje się, że to nie jest film tylko o boksie, ale po prostu o ludziach i ich trudnych wyborach, wyzwaniach przed jakimi stają. Kiedy ostatnio oglądałem „Za wszelka cenę”, wydał mi się on podobny do filmu „Życie ukryte w słowach” (pisaliśmy o nim w sierpniu 2011r) – obie historie opowiadają o ludziach, w jakiś sposób dotkliwie skrzywdzonych przez los, którzy zachowują się tak, jakby desperacko poszukiwali, kogoś, kto pomoże im uwierzyć w siebie, kto da im nadzieję do kontynuowania walki o godne życie i udowadniania sobie, że „jestem coś wart”. Kimś takim byli dla siebie Hanna i Josef w „Życiu ukrytym w słowach”. Takiej właśnie pomocy u Frankiego Dunna (Eastwood) poszukuje Maggie (Swank) w „Za wszelką cenę”. To właśnie ta relacja czyni ten obraz wyjątkowym, a nieoczekiwana tragedia, która całkowicie odmienia los wszystkich bohaterów nie pozostawia widza obojętnym, stawiając trudne i niezwykle istotne pytanie: czy każdy z nas ma prawo decydować o własnym życiu i każdym jego aspekcie? A w tym przypadku także o jego zakończeniu? Na wszelkie wątpliwości co do wyborów i działań postaci, każdy z widzów musi sam sobie odpowiedzieć. Film Estwooda zachwyca fabułą, stroną wizualną, muzyczną i wspaniałym aktorstwem – zasłużone statuetki Oscarów w kategoriach: Najlepszy Film, Najlepszy Reżyser (Clint Eastwood), Najlepsza Aktorka Pierwszoplanowa (Hilary Szwank) i Najlepszy Aktor Drugoplanowy (Morgana Freeman). „Zapaśnik” także skutecznie potrafi poruszyć widza, dostarczając mu zarówno mocnych wrażeń, związanych z brutalnymi walkami wrestlerów oraz stawiając bohatera w trudnych sytuacjach życiowych, ale już poza ringiem. I kto wie czy to właśnie te momenty filmowej opowieści nie są bardziej dramatyczne. Bowiem Randy Robinson (Rourke) – choć jest mistrzem wrestlingu – będzie musiał stoczyć trudną, wykańczającą walkę o to, aby nie zostać życiowym przegranym. I bardzo często będzie to walka z samym sobą i własnymi słabościami, które wcześniej nie pozwalały mu odnaleźć miejsca pośród ludzi dla niego najbliższych, przez co - odsunąwszy się od nich – wiedzie życie zgorzkniałego outsidera. Darren Aronowsky zrealizował swój film w postaci paradokumentu – całość jest surowa, zimna, nikt się tutaj nad nikim nie rozczula, nie mami oczu obietnicami: „weź się w garść, a wszystko na pewno jakoś się ułoży i będzie dobrze”. Randy ze smutkiem odkryje, że być może jedynym miejscem, gdzie odnajduje spokój jest ring. I tam też jest jego miejsce. Nawet jeśli inni nie są w stanie tego zrozumieć… „Zapaśnik” jest filmem, który bez wątpienia zachwyca od strony technicznej, ale to jego warstwa fabularna jest największą siłą. Darren Aronowsky zrealizował wielki film, a Mickey Rourke nigdy nie prezentował się lepiej na ekranie – prawdziwy popis gry aktorskiej! 


Ona: Można sobie zadać pytanie na ile „Zapaśnik” jest pochodną filmu Estwooda, w końcu „Za wszelką cenę” był pierwszy i do tego niezwykle dobrze przyjęty przez widzów oraz krytyków. Według mnie te filmy łączy nie tylko ring, choć są to dwie zupełnie różne historie, inaczej nakręcone i o zupełnie innym ładunku emocjonalnym. Filmy Estwooda i Aronofsky’ego zaskakują, gdyż nie są to hollywoodzkie bajki z „happy endem”. Krzywe losu Maggie i Randy’ego, które początkowo  z dna podnoszą się na sam szczyt spełnienia marzeń, nagle gwałtownie opadają. Obaj reżyserzy w pewny momencie „łamią kręgosłup” swoim zagubionym postaciom, które już powoli zaczęły jako tako porządkować swoje życie, zabierając im szansę na bycie szczęśliwym: Maggie - grana przez Hilary Swank – dziewczyna z toksycznego domu, której pasja do boksu ciągnie ją na sam szczyt ulega groźnemu wypadkowi, Frank – trener Maggie, który zaczął ją traktować jak kogoś bliskiego, nagle staje przed tragicznym wyborem decydowania o ludzkim życiu a Randy, choć pragnie stałego związku i odbudowania kontaktu z córką (scena, w której szczerze po raz pierwszy rozmawiają w tak niewymuszony sposób, należy dla mnie do najbardziej wzruszających) - zawodzi najbliższe mu osoby. Pozostaje jedynie ring. To co się tam osiągnęło, jest wyznacznikiem jakiegokolwiek sensu i spełnienia. Poza nim jest pustka i samotność i brak nadziei.
Subiektywnie jednak podchodząc do sprawy Aronowsky swoją historią bardziej zdołał mnie poruszyć. Być może jest to syndrom kolejności seansów, gdyż „Zapaśnika” obejrzałam jako pierwszego. Ale jest jeszcze coś – większy autentyzm. O ile pierwszy film ma mniejsze prawdopodobieństwo, by taka historia mogła mieć miejsce, o tyle film Darrena Aronofskiego  tchnie szczerością i nie jest to zwykła gra na emocjach. Nie bez powodu zapewne właśnie Mickey Rourke został wybrany do odegrania głównej roli. Piętno trudnego życia wyciśnięte na jego twarzy, w czasie aktorskiego niebytu oraz doświadczenie w boksie sprawiają, że dla widza Rourke opowiada swoją własną historię. Każda jego mina, każdy gest jest tak naturalny, jakby to nie było tylko odgrywanie roli. On sam stał się swoim bohaterem (Rola Maggie w „Za wszelką cenę”, jest z kolei najlepszą rolą, w jakiej widziałam Hilary Swank). Film ten kręcony jest w charakterze paradokumentu – kamera krąży za upadłą gwiazdą, która nie może pozbierać się w swoim życiu, wszystkie wysiłki które podejmuje idą na marne, bo nie potrafi się zmienić, więc uparcie dąży do tego by przynajmniej robić to, czego nie zepsuje. Podgląda go przy farbowaniu włosów, solarium i przy sprzedaży mięsa w supermarkecie (śmieszna scena – polecam), widzi go zasypiającego w furgonetce i łykającego pigułki. Ring jest domem, jedyną znaną przestrzenią, gdzie wszystkie zasady są znane a ludzie z tego świata są jak rodzina.
To film o ogromnej samotności i nieumiejętności nawiązywania trwałych relacji. Według mnie film Aronofsky’ego i Mickey to wielcy przegrani Oskarów z 2009. Dla mnie to film genialny, o którym jeszcze długo się myśli po seansie i który nie pozwala zapomnieć tych emocji, jakie wywołał. Do tego należy dołożyć świetną muzykę rockową rozbrzmiewającą często w tle. Film Estwooda zdobył w 2005 roku aż cztery Oskary w najważniejszych kategoriach i wiele innych nagród. Ogromna klasa i potężny ładunek emocji, przy niewielkim nakładzie środków. Oba filmy w gwiazdorskiej obsadzie, świetnie zagrane i wyreżyserowane. Nie wolno nie obejrzeć!

piątek, 23 grudnia 2011

KONKURS "BlogRoku 2011" - kategoria "Kultura".

Startujemy w konkursie "BlogRoku 2011" w kategorii Kultura!
Wszystkich, którzy lubią do nas zaglądać i czytać nasze recenzje  prosimy o wsparcie i głosy!!!

Szczegóły na stronie http://www.blogroku.pl/


Link potwierdzający udział w konkursie :

środa, 30 listopada 2011

Przygody Tintina / The Adventures of Tintin: The Secret of the Unicorn (2011)

Gatunek: Animacja, Przygodowy
Kraj produkcji: Nowa Zelandia, USA
Reżyser: Steven Spielberg 
Aktorzy: Jamie Bell, Andy Serkis, Daniel Craig

Opis filmu: Adaptacja belgijskiego komiksu autorstwa Herge. Tintin jest młodym dziennikarzem-detektywem, specjalizującym się w rozwiązywaniu zawiłych zagadek kryminalnych. Pewnego dnia na pchlim targu udaje mu się kupić wyjątkowy model żaglowca zwanego „Unicorn”, nie podejrzewając nawet, że skrywa on w sobie tajemnicę największego skarbu w historii. Młody dziennikarz będzie musiał odbyć wyścig do jego odnalezienia ze złym Ivanovichem Sakharine. Z pomocą Tintinowi przyjdą: mały foxterier Snowy oraz kapitan Haddock, który zamiast dowodzić niesubordynowaną załogą częściej zagląda… do butelki.

On: Już dobrych kilka lat temu słyszałem o tym, że marzeniem Stevena Spielberga jest zrealizować film o Tintinie i przyznam szczerze, że nie wiedziałem wtedy za bardzo o co chodzi? O co tyle hałasu? Człowiek, który zrealizował takie filmy jak „Indiana Jones”, „Jaws”, Jurassic Park” czy „Minority Report” chce realizować ekranizację komiksu… Trochę to było dla mnie dziwaczne. A potem okazało się, że Spielberg zabrał się za robienie tego filmu, zamiast kręcić kolejnego „Indianę Jonesa”! „I po co?!” – pytałem. „Rozumiem, że jest fanem komiksu, ale robić ten film tylko dlatego? Tylko dla siebie? No bo ludzi to nie zainteresuje…”. W końcu dowiedziałem się, że całość jest koprodukcją: Steven Spielberg-Peter Jackson. „No dobra” – pomyślałem. „Robi się ciekawie…” Mimo to pierwszy trailer mnie nie zachwycił: dobrze to wyglądało, ale – że tak powiem – nie czułem klimatu. No i rewolucji technicznej pod względem grafiki komputerowej nie było tam widać. A potem pojawiły się kolejne zapowiedzi, które… były już znacznie lepsze: dało się odczuć rozmach i ducha przygody. Do kina na seans szedłem z pozytywnym nastawieniem i nie zawiodłem się. Wręcz przeciwnie – film jest o wiele, wiele lepszy niż się spodziewałem! W jednej z recenzji „Przygód Tintina”, z jakimi się zapoznałem, ktoś napisał, że Spielberg tym filmem daje lekcję kina tym wszystkim, którzy chcą go zastąpić. Zgadzam się z tym całkowicie. „Przygody Tintina” to jeden z najlepszych obrazów roku 2011. I nie należy się sugerować tym, że jest to „tylko animacja”. Wręcz przeciwnie – Spielberg zrealizował „Przygody Tintina” tak, jakby robił normalny film aktorski, a grafikę komputerową wykorzystał chyba tylko po to, aby całość była jeszcze bardziej odjechana i zabawna. Jest tutaj wiele sytuacji, sekwencji i zdarzeń, których w filmie aktorskim po prostu nie dałoby się zrealizować, lub w takowym wyglądałyby śmiesznie (w tym negatywnym znaczeniu). Ale po kolei… Już czołówka mówi widzom w jakim klimacie utrzymana będzie całość opowieści, a trzeba przyznać, że jest to „wizualny smakołyk” w starym, dobrym stylu. I w końcu widzimy pierwsze obrazy miejskiej ulicy i postacie – wszystko to w głębi 3D – i trzeba przyznać, że robi to niesamowite wrażenie. Czy jednak jest to tylko sam obraz i tyle? Czyli samo „efekciarstwo”, którego się wcześniej obawiałem? Nic z tych rzeczy! Opowiadana przez Spielberga historia wciąga i trzyma w napięciu od początku do samego końca, jednocześnie wiernie trzymając się komiksowego pierwowzoru. Jednocześnie reżyser zrealizował ten film, tak, jak wcześniej swój „Artificial Intelligence”, który miał być początkowo dziełem Coubrica. W tamtym filmie dało się odczuć coś z obu twórców kina. W przypadku „Przygód Tintina” Spielberg opowiada historię z komiksu, ubarwiając ją wieloma odwołaniami do produkcji filmowych. Wystarczy wspomnieć o szaleńczym pościgu z bijatykami, strzelaninami i eksplozjami w całości „skręconym” na jednym ujęciu (czego tam bohaterowie nie wyczyniają!!!). Albo pomysł, aby zestrzelić samolot jednym wystrzałem z pistoletu – genialnie proste i zabawne.J Coś takiego mógł zrobić tylko Spielberg!J Jeśli chodzi o postacie to skutecznie zapadają one w pamięć (co z pewnością jest zasługą komiksowego pierwowzoru). Niestety mam wrażenie, że tytułowy bohater został przyćmiony przez kapitana Haddocka i Snowy’ego, ale już tak chyba jest, że od postaci nieskazitelnych wolimy te ze skazą. Oczywiście samemu Tintinowi także nie można nic zarzucić. Poza tym Jamie Bell i Andy Serkis stworzyli fantastyczny duet – do ich bohaterów można poczuć szczerą sympatię i z zainteresowaniem śledzi się ich przygody. Wszystko to fantastycznie uzupełnia muzyka – John Williams zawarł w swoich kompozycjach wszystko to co fani jego twórczości (oraz filmów Spielberga) kochają najbardziej. Ta muzyczna wizytówka mistrza jest iście smakowitą ucztą dla smakoszy muzyki filmowej. Podsumowując: „Przygody Tintina” to jeden z najlepszych filmów przygodowych roku 2011! A może nawet najlepszy… Dla miłośników „Kina Nowej Przygody”  - rzecz obowiązkowa!
Ocena: 6


Ona: „Świat – a z nim technika i kino posunęły się do przodu, wymagania i apetyt widzów wzrosły, więc nawet jeśli byłeś mistrzem obrazu, a nie wskoczyłeś do pociągu nowych technologii – jesteś zwykłą gapą” – to szept współczesnej hollywoodzkiej maszyny do produkcji coraz wymyślniejszych i zaawansowanych technicznie filmów. Spielberg wracając w swoim serialu telewizyjnym „Terra Nova” do tematyki dinozaurów, zaginionych dziewiczych puszcz – wydawał mi się tą właśnie „gapą”, która zatrzymała się na sprawdzonych, ogranych do bólu motywach z czasów swojej nawiększej chwały. Swoją drogą serial nie przyciągną zbyt licznie widzów i nawet nazwisko wielkiego reżysera nic tu nie pomogło. Wiadomość o realizacji przez Spielberga „Przygód Tintina” w tym kontekście wydała mi się tym bardziej strzałem w reżyserską stopę – „mistrz zamknął się we własnym świecie dziecięcych sentymentów i próbuje widzów nakarmionych apokaliptycznymi wizjami brutalnego świata przekonać, że stateczek dryfujący po morzu i chłopiec z psiakiem mogą być interesujące jeszcze dla kogokolwiek, kto ukończył 5 rok życia – to nie może się udać” – oto moja kasandryczna diagnoza, która się... na szczęście nie spełniła.
„Przygody Tintina” to powrót do gry w iście królewskim stylu. Brawurowa historia na której świetnie można się bawić w każdym wieku, zrealizowana z godnym rozmachem i  przy niebanalnym wykorzystaniu technik komputerowych, tchnie świeżością, pasją i dobrym humorem. Porównania do „Indiany Jonesa” bardzo słuszne, z tym, że decydując się na animację – Spielberg zostawił sobie furtkę do realizacji szalonych pomysłów na sceny akcji, które w realu nie mogły by mieć miejsca. Przyznam, że film od napisów początkowych do napisów końcowych jest prawdziwym „cackiem”, dopracowanym w najmniejszych szczegółach (scenografia, postacie, ruchy, mimika). Ruch kamery jest dynamiczny, postacie i dialogi zabawne, a historia wciąga do ostatniej minuty. Z jednej strony mamy tu modne nawiązanie do filmów w dawnym stylu, z drugiej – mamy nowocześnie wykonane widowisko, które jest w stanie zaspokoić wybredne gusta głodnego nieustannych atrakcji widza. Ta pośrednia forma między filmem aktorskim a animacją jest do prawdy strzałem w dziesiątkę. Mistrz wrócił :)
Ocena: 5+

czwartek, 20 października 2011

Lepiej z Jack’em! - cz.1 Akcja

Kontynuując cykl recenzji obejmujących kilka tytułów proponujemy spotkanie z prawdziwym mistrzem! Jack Nicholson ma na swoim koncie wiele niezapomnianych ról. Początkowo mieliśmy pomysł, aby wszystkie filmy jakie obejrzeliśmy z tym aktorem, zebrać w jeden dłuższy opis, ale uzbierało się ich za dużo, stąd podział na kilka części. A zaczynamy od występów aktora w kinie akcji!



Biografia: 
Jack Nicholson urodził się 22 kwietnia 1937 roku w stanie New Jersey, w miejscowości Neptune, co już mogło świadczyć o tym, że nie jest on zwykłym ziemianinem. Po ukończeniu szkoły średniej przeniósł się do Los Angeles, gdzie pracował w wytwórni MGM... jako kurier. Pod koniec lat 50 – tych zaczął grywać w teatrze i filmach. Momentem przełomowym w jego karierze była rola w filmie „Easy Rider” (1969) Dennisa Hoppera. Otrzymał on wtedy nagrodę krytyków nowojorskich, nominację do Oskara, Złotego Globu i BAFTY. Stworzył wiele niedoścignionych kreacji, które stały się ikoną popkultury jak np. jego Joker w „Batmanie” (1989), czy psychopata w „Lśnieniu” (1980). Grał u najlepszych – Polańskiego, Kubricka, Formana, Burtona. W swojej karierze zdobył trzy statuetki Oscara, do którego był nominowany dziesięciokrotnie i wiele innych nominacji przede wszystkim do Złotego Globu i BAFTY. Swoją pracą i talentem zapracował na miano jednego z najlepszych aktorów Hollywood, a jego nazwisko jest już marką samą w sobie, która przyciąga widzów dla niego samego. Oprócz aktorstwa Nicholson ma za sobą doświadczenia pracy scenarzysty i reżysera. Prywatnie jest fanem drużyny NBA Los Angeles Lakers i miłośnikiem sztuki. Niektórzy przypisują ten oszałamiający sukces jego „diabelskiemu” spojrzeniu i szerokiemu uśmiechowi, który doczekał się miana „uśmiechu mordercy”. Sam zainteresowany mówi o sobie: W odróżnieniu od większości moich przyjaciół zawsze miałem konkretny plan na życie, tylko że to, co sobie zamierzyłem, nigdy mi nie wychodziło. Los jednak na tyle mi sprzyjał, że w efekcie i tak lądowałem na lepszej pozycji, niż mógłbym sobie wymarzyć”.  


(Cytat pochodzi z wywiadu, którego aktor udzielił dla portalu Stopklatka.pl. Całość tekstu znajduje się TUTAJ)


Batman (1989)


Gatunek: Science-Fiction
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Tim Burton 
Aktorzy: Jack Nicholson, Michael Keaton, Kim Basinger
Opis filmu: W Gotham City przestępcy lękają się tylko jednego człowieka. Batman wzbudza strach w tych, którzy łamią prawo i krzywdzą niewinnych, w mieście, w którym mieszkańcy są na łasce skorumpowanej policji. Zamaskowany mściciel wkrótce będzie musiał zmierzyć się z jeszcze groźniejszym przeciwnikiem – Jokerem.
Oceny - On: 6 / Ona: 6

Obietnica / The Pledge (2001)


Gatunek: Kryminał / Dramat
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Sean Penn 
Aktorzy: Jack Nicholson, Patricia Clakson, Aaron Eckhart, Mickey Rourke 
Opis filmu: Detektyw Jerry Black ostatniego dnia służby uczestniczy w odnalezieniu zwłok zgwałconej dziewczynki. Złożywszy obietnicę matce dziecka, postanawia za wszelką cenę odnaleźć mordercę. Wkrótce staje się to jego obsesją…
Oceny - On: 5+ / Ona: 5+

Infiltracja / Departed (2006)


Gatunek: Akcja / Kryminał
Kraj produkcji: Honkong, USA
Reżyser: Martin Scorsese
Aktorzy: Leonardo DiCaprio, Jack Nicholson, Matt Damon

Opis: Niedługo po ukończeniu akademii policyjnej Billy Costigan oficjalnie zostaje usunięty ze służby i rozpoczyna tajne zadanie, które polega na szpiegowaniu Franka Costello – bossa miejscowej  mafii. Z kolei Collin Sullivan, przydzielony do tajnej jednostki policyjnej, ma za zadanie odnaleźć szpiega mafii w szeregach policji. Nikt nie wie, że to on właśnie jest poszukiwanym przez wszystkich „kretem”...
Oceny - On: 6 / Ona: 5+
                        

Recenzje


On: Jack Nicholson jest mistrzem! To jeden z tych aktorów, który nie ma na swoim koncie chyba żadnej złej roli. Każdy film z jego udziałem można obejrzeć bez żadnego problemu, chociażby właśnie dla niego.


„Batman” z roku 1989 to już w pewnym sensie klasyka, przynajmniej w kinie komiksowym. Ten film to przykład, jak należy robić pierwszorzędną ekranizację obrazkowej historii o superbohaterach. Wspaniałe dekoracje, kostiumy, charakteryzacja, rekwizyty. Film fenomenalnie zrealizowany od strony technicznej, lecz posiadający także ciekawą fabułę i fajne postacie. Aktorzy spisują się znakomicie. Michael Keaton to najlepszy „człowiek nietoperz” ever – dorównał mu dopiero Christian Bale w filmach Christophera Nolana. Ale cały show kradnie i tak Joker, czyli Jack Nicholson – ten facet jednocześnie śmieszy i przeraża. I jeszcze coś: żaden inny film o Batmanie nie miał fajniejszego batmobila i lepszego muzycznego tematu przewodniego, który tutaj skomponowany został przez Dannego Elfmana. Niezwykle klimatyczny film.
„Obietnica” z kolei jest obrazem z zupełnie innej półki. Historia brutalnej zbrodni, cierpienia skrzywdzonych rodziców i policjanta, dla którego ostatnie śledztwo okazuje się koszmarem na jawie. Dosłownie. To nie jest film z pościgami i strzelaninami, lecz klimatyczna, mroczna i – momentami – szczerze wzruszająca opowieść o człowieku, który desperacko próbuje ratować swoją nową rodzinę. Nicholson brawurowo zagrał mężczyznę, który aby ocalić dziecko, gotów jest złamać najważniejsze zasady. Czy chcąc zrobić coś prawego, można komuś wyrządzić wielkie zło? „Obietnica” to wstrząsający film. Polecam!


A o „Infiltracji” Martina Scorsese już pisaliśmy, więc powiem tylko tyle, że moja ocena nie uległa zmianie – to kapitalny thriller z perfekcyjnie przemyślaną i rozpisaną intrygą, który zaskakuje wieloma zwrotami akcji. Aktorzy dają prawdziwy koncert gry. Nie zawodzi także strona techniczna – wyróżnię przede wszystkim kompozycje muzyczne (temat przewodni) i zdjęcia. Majstersztyk!

Ona: Jednym z filmów, który wyrył mi się w pamięci w dzieciństwie i robi na mnie nadal ogromne wrażenie, jest „Batman” Tima Burtona. Co więcej – bardziej zapamiętałam Jokera, niż tytułowego, głównego bohatera. Sceny w studiu telewizyjnym, oraz scena śmierci czarnego charakteru przełamały stereotyp że „śmiech to zdrowie”. Szaleniec przebrany za klauna, robiący śmiertelne psikusy mieszkańcom Gotham City zdominował cały ten film – charyzma Nicholsona i jego uśmiech ubrały tę rolę w postać z krwi i kości, która autentycznie przeraża. Fantastyczny klimat kina gangsterskiego, mocne kontrasty światła i cienia, komiksowa, surowa sceneria, świetna obsada oraz akcja – to wszystko sprawia, ze z przyjemnością do tego filmu wracam.
Przed obejrzeniem „Obietnicy” nic nie słyszałam wcześniej o tym filmie. Tym milsze było zaskoczenie zobaczyć świetny dramat z Nicholsonem w roli głównej. Od pewnego czasu grywa on postacie, które są w wieku emerytalnym i borykają się z nadmiarem samotnego czasu, szukając dalszej drogi życia. Pod koniec swojej pracy zawodowej policjanta angażuje się w sprawę szalenie trudną do rozwikłania. Ambicja i zobowiązanie moralne nie pozwala mu zostawić tej sprawy nawet gdy przechodzi już w stan spoczynku. Czy każdą obietnicę można spełnić? Co, jeśli jest to niemożliwe do realizacji? Nicholson gra człowieka honoru, który żyje w poczuciu winy wobec danej obietnicy znalezienia przestępcy. Poświęca temu wszystko, nawet to co kocha. Konkluzja jest jednak dramatyczna. Jest to bardzo refleksyjny film, z niewielką ilością akcji, ale niosący w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Jack Nicholson jest tu bardzo „nienicholsonowy” – jest spokojny, wyciszony, małomówny. Dla tak różnorodnych jego kreacji warto obejrzeć ten film.



„Infiltracja” Scorsese jest natomiast najlepszym filmem akcji, jaki widziałam do tej pory. Na takie kino się czeka z zapartym tchem. Nicholson jest tu „wisienką na torcie” w świetnej obsadzie. Odsyłam do naszej recenzji na temat tego filmu.



http://www.filmweb.pl/film/Obietnica-2001-10746/posters

piątek, 14 października 2011

Królestwo zwierząt (2010)

Gatunek: Kryminał
Kraj produkcji: Australia
Reżyser: David Michôd

Aktorzy: James Frecheville, Guy Pearce, Ben Mendelsohn


Opis filmu: Do skonfliktowanej z prawem rodziny Cody dołącza Joshua - syn zmarłej z przedawkowania siostry przestępców. Policja w poszukiwaniu najgroźniejszego z nich - „Papieża” - zatacza coraz ciaśniejszy krąg nad tą rodziną, eliminując poszczególnych jej członków. „J” staje się kartą przetargową między stróżami prawa a rodzinnym gangiem, co pociągnie za sobą tragiczne skutki.


On: Przed obejrzeniem tego filmu słyszałem jak najlepsze opinie na jego temat, że jest rewolucyjny, że to nowe ujęcie tematu przestępczości i tak dalej. Teraz, kiedy piszę swoją recenzję, wiem już, że film jest bardzo dobrze oceniany przez zdecydowaną większość krytyków i widzów. Niestety, mimo pozytywnego nastawienia, film nie podobał mi się. Muszę przyznać, że całość może się poszczycić kilkoma fajnymi pomysłami fabularnymi i dobrą obsadą, ale od pomysłu do realizacji daleeeeka droga… A tutaj poziom realizacji zawiódł moje oczekiwania i to bardzo. Przede wszystkim opowiedziana tutaj historia wcale taka nowatorska, odkrywcza i rewolucyjna nie jest. Wszystko już gdzieś było. Próbuje się więc opowiedzieć to w jak najbardziej surowy i realistyczny sposób. Ok., niezły pomysł, przyznaję. I na początku filmu udaje się reżyserowi osiągnąć bardzo fajny klimat (rewelacyjna pierwsza scena!), ale potem - jakby w tym samym momencie, kiedy po raz pierwszy ginie jeden z głównych bohaterów - znika całkowicie całe napięcie. Zero emocji od tego momentu do samego końca dyskwalifikuje u mnie ten film jako dramat kryminalny. Dodatkowo główny małoletni bohater jest tak nijaki, że dla mnie on i jego losy były całkowicie obojętne – rzecz w jakiejkolwiek opowiadanej historii niedopuszczalna. Momentami szczerze mnie denerwował. A wątek rodziny przestępców i tropiących ich policjantów? Tak jak wcześniej mówiłem: pomysł jest w porządku, ale emocji w tym nie ma w ogóle. Poza tym zarówno zachowanie jednych, jak i drugich jest całkowicie  nielogiczne. No bo kiedy widzę faceta, który ucieka przed pościgiem w kierunku pustego pola, to pytam się: czy facet ten nie wie, że jest wtedy łatwym celem? Albo drugi, który goni samochodem przez pół miasta dzieciaka uciekającego na piechotę i go dogonić nie może! A taki podobno jest bystry, groźny i niebezpieczny… Żarty! Ale jeśli jednak jest taki bystry, to czemu, wiedząc, że jest poszukiwany, zamiast się ukrywać siedzi w domu matki? Chyba po to, żeby każdy gliniarz z okolicy wiedział, gdzie ma go znaleźć… W dodatku film jest pełen potwornych dłużyzn i wlecze się strasznie, a widz na to, co ogląda jest obojętny do samego końca. Ja byłem. I nawet przysnąłem kilka razy... Szkoda, bardzo się zawiodłem na tym filmie. Ale nie wykluczam więc, że kiedyś spróbuję zmierzyć się z tym obrazem raz jeszcze i być może wtedy moja ocena ulegnie zmianie…
Ocena: 3+

Ona: Polski tytuł tego filmu mógłby brzmieć „Z kamerą wśród zwierząt”, gdyby nie kojarzył się ze znanym programem z lat 90-tych. Lęk i agresja to podstawowe pierwotne instynkty zwierzęce, którymi kieruje się również człowiek. I to te emocje rządzą w „Królestwie Zwierząt”. Widz zostaje wrzucony do miejskiej dżungli, gdzie policjanci i przestępcy w zasadzie poza strojem niczym się nie różnią. Obie strony z zimną krwią knują, mordują i manipulują stając się raz ofiarami, raz myśliwymi. Nie trzyma się tu niczyjej strony – wszyscy bohaterowie są zdegradowani i zepsuci. Jedyny policjant, który ma jakieś ideały nie ma siły przebicia i nie jest w stanie ochronić głównego bohatera przed zemstą rodziny. Jedynym sposobem na zamknięcie ust przeciwnikowi i zdobycie przewagi jest uśmiercenie go. Paradoksalnie scen w akcji w filmie jest jak na lekarstwo. Historia toczy się wolno i poznajemy toksyczne więzi rodzinne, w których pozycja w gangu i kodeks są ważniejsze niż więzy krwi. Główny bohater wydaje się być drażniąco niewidoczny – wtłoczony w życie obcej mu rodziny, która go lekceważy, więc stara się być na marginesie wydarzeń z nią związanych. Niespodziewanie jednak staje się głównym rozgrywającym, szamocząc się między presją gangu a namowom policji. I to on ma najwięcej do stracenia. Co więcej – nie mając szans wyrwania się z tej chorej zależności, staje się taki sam jak reszta. Widza przyzwyczajonego to tego, by kryminał był dynamiczny, a bohaterowie wyraziści obraz ten może rozczarować. Dramat rozgrywa się nie na poziomie akcji, ale bezsilności i nieuchronności. Dla mnie to bardziej film psychologiczny, niż film akcji. Godny polecenia.
Ocena: 5

Obrazy:http://www.filmweb.pl/film/Kr%C3%B3lestwo+zwierz%C4%85t-2010-493635/posters

Superbohater, który sprywatyzował światowy pokój!

Iron Man (2008)

Gatunek: Science-Fiction
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Jon Favreau 
Aktorzy: Robert Downey Jr., Jeff Bridges

Opis filmu: Tony Stark, miliarder, przemysłowiec i genialny wynalazca, udaje się na Bliski Wschód na prezentację broni stworzonej na potrzeby amerykańskiej armii przez Stark Industries. Na pustkowiach jego konwój zostaje nieoczekiwanie ostrzelany przez rebelianów. Ciężko ranny Stark trafia do niewoli, gdzie terroryści każą mu skonstruować nowoczesny pocisk. Bohater nie zważając na groźby postanawia potajemnie zbudować zbroję, dzięki której – być może – uda mu się uciec…
Oceny - On: 5+ / Ona: 5-

Iron Man 2 (2010)

Gatunek: Science-Fiction
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Jon Favreau 
Aktorzy: Robert Downey Jr., Mickey Rourke 

Opis filmu: Tony Stark ujawnił się całemu światu jako Iron Man, ale zamiast chwały przysporzyło mu to tylko kłopotów. Amerykańska armia chce mu odebrać jego wynalazek jako niebezpieczną broń, konkurencyjny koncern „Hammer” próbuje wzbogacić się, kopiując kostium herosa, a psychopatyczny Ivan Vanko – także zdolny wynalazca – dokonuje zamachu na życie bohatera. Jakby tego było mało Stark odkrywa, że miniaturowy reaktor, który do tej pory utrzymywał go przy życiu, także powoli go zabija…
Oceny - On: 5+ / Ona: 5-
                        
Recenzje

On: Na pierwszego „Iron Mana” poszedłem do kina z czystej ciekawości, zachęcony fajnymi zwiastunami i Downey’em Jr. w roli głównej. Nigdy nie czytałem tych komiksów, a o samej postaci nie wiedziałem nic ponad to, że istnieje w uniwersum Marvela. Jednakże obraz Jona Favreau bardzo mi się spodobał. Wtedy, po kilku nieudanych komiksowych ekranizacjach, był to nawet bardzo miły powiew świeżości. „Iron Man” ma przede wszystkim dwa plusy: postać Tony’ego Starka brawurowo zagrana przez Roberta Downey’a Jr. i fabułę, która umiejętnie krytykuje zamiłowanie amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego do zarabiania na handlu bronią, nawet jeśli inni przypłacają to własnym życiem. Taki wątek nie był jeszcze poruszany w filmach komiksowych. Został jednak bezbłędnie przedstawiony, co bardzo spodobało się widzom i krytykom na całym świecie. Co zaś tyczy się postaci Starka/Iron Mana, to zaskakujące dla mnie było to, że przez większość filmu oglądamy go w „cywilu” – tytułowy heros pojawia się raczej rzadko. Niewiele jest także scen akcji, ale to w ogóle nie przeszkadza, bowiem całość ogląda się bardzo dobrze, film jest dynamiczny, a aktorzy spisują się na 6. Ciekawie wypada przemiana głównego bohatera: ze ślepego egoisty i bawidamka, w człowieka, który czuje się odpowiedzialny za zło jakie wyrządził innym i chce je naprawić. Jest to także historia jednostki, która postanawia wypowiedzieć walkę „wszechpotężnym gigantom”, chcącym się bogacić na śmierci niewinnych. Oczywiście wszystko to nie wykracza poza konwencję komiksu. Mamy tutaj także kapitalne efekty specjalne (zasłużona nominacja do Oscara), oraz bardzo fajną muzykę, której twórcą jest Ramin Djawadi. A w finale smaczek dla fanów: krótka scenka zapowiadająca nadejście „Avengers”, co było później kontynuowane w „The Incredible Hulk”, „Thor” i „Captain America: The First Avenger”.
Drugi film z serii zapowiadał się jako przekombinowany i przeładowany atrakcjami – bałem się, że wyjdzie film dużo słabszy od „jedynki”, tak jak to wcześniej było z trzecimi „X-Menami”. Jednak moje obawy były niepotrzebne. W „dwójce” faktycznie jest więcej postaci i w ogóle więcej się dzieje, ale wszystko we właściwych proporcjach. Sekwencje akcji - choć świetnie zrealizowane - nie przytłaczają niezłej fabuły, a wszystko okraszono fajnym humorem. Aktorzy ponownie wywiązują się ze swoich ról, tak jak i twórcy efektów specjalnych oraz John Debney, który skomponował muzykę (kapitalny temat przewodni!). Niestety, mimo tych plusów, jednocześnie nie wykorzystano w pełni wszystkich dobrych pomysłów tej historii – wątek z Tonym Starkiem stającym przed perspektywą rychłej, bolesnej śmierci potraktowany jest zbyt powierzchownie. A szkoda, bo mogłoby być przez to bardziej dramatycznie i ciekawie… Jednak innych zastrzeżeń nie mam, bo twórcy wywiązali się ze swoich obietnic.
Tak więc, jak widać, „Iron Man” jest według mnie jedną z najlepszych komiksowych ekranizacji. Zdecydowanie polecam.

Ona: Powiem wprost – bez  Downey’a Jr. i jego kreacji ten film spadł by w mojej ocenie o kilka klas niżej – dla niego samego warto go obejrzeć. Początek historii jest bardzo  ciekawy i odnoszący się  do bardzo aktualnej sytuacji, jaką jest wyścig technologii w celach militarnych. Intryguje również pomysł stworzenia bohatera, który na zawsze zostaje naznaczony życiem w cieniu śmierci, niezależnie od zewnętrznych okoliczności. Ta słabość staje się jego siłą, drugą szansą której nie chce zmarnować, ale także kładzie cień na jego przyszłości, uzależniając go od eksperymentalnej technologii. Można powiedzieć ze jest to bohater „niepełnosprawny”. Wyróżnia go również brak „supermocy” – jego siłą jest geniusz. Poza tym na co dzień pozostaje nieznośnie ekscentrycznym, roztargnionym „Piotrusiem Panem”, który kocha splendor i piękne kobiety. To idealna rola dla Downey’a Jr., który potrafił się świetnie zdystansować do granej postaci, przez to widzom również udziela się ten luz i poczucie humoru. Twórcy filmu postarali się, aby zabawnych sytuacji nie brakowało – świetnie wypadają sceny z próbnymi lotami w kostiumie, cięte riposty Tony’ego oraz jego dialogi ze wspierającymi go maszynami. Do mocnych stron tego filmu zaliczam również kreację Jeffa Bridgesa, który świetnie zbudował grany przez siebie czarny charakter. W drugiej części po „ciemnej stronie mocy” świetnie spisał się także Mickey Rourke, ale miałam odczucie, że rola którą miał do zagrania znacznie ograniczała jego możliwości i działało to niestety na minus dla całego filmu. Słabą stroną filmu jest wątek miłosny, związany z postacią sekretarki, granej przez Gwyneth Paltrow. Niestety rola ta, podobnie jak wątek, są płaskie i mocno naciągane. Ten zarzut dotyczy obu części serii. Również w obu częściach finał pozostawia pewien niedosyt i przewidywalność. Z jednej strony można powiedzieć, że to w końcu adaptacja komiksu, więc nie można się o to czepiać. Z drugiej strony myślę sobie, że film daje jednak dużo większe możliwości „sprzedawania  emocji”, więc można spróbować wykrzesać z tej historii dużo więcej, niż ma do zaoferowania komiks. Do dobrych stron serii zaliczam również fakt, iż udało się utrzymać poziom obu filmów, co jest rzadkością. Druga część, w której na pierwszy plan wysuwa się konflikt z armią o kostium Iron Mana, problemy zdrowotne Tony'ego oraz pierwsze oznaki tworzenia Avengers, to dobry kierunek, jaki twórcy obrali, nie pozwalając swojej postaci na „spoczęcie na laurach” po sprywatyzowaniu światowego pokoju.

            http://www.filmweb.pl/film/Iron+Man+2-2010-478702/posters

poniedziałek, 3 października 2011

Drive (2011)

Gatunek: Akcja
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Nicolas Winding Refn
Aktorzy: Ryan Gosling, Carey Mulligan

Opis filmu: Driver to nieśmiały chłopak, pracujący jako kaskader w filmach. Siadając nocą za kierownicą samochodu staje się brawurowym rajdowcem, zamieszanym w wożenie przestępców w czasie napadów. Jego życie się zmienia, gdy poznaje młodą sąsiadkę  - Irene, która wychowuje synka, czekając na powrót męża z więzienia. Więź która ich połączy sprawi, iż narazi się on na śmiertelne niebezpieczeństwo.

On: Zwiastuny zapowiadały film niezwykle brutalny, kryminał zrobiony – jak to się mówi – „w starym dobrym stylu”, z ciekawą rolą Ryana Goslinga. A jak wyszło? Jedno z haseł reklamujących film brzmi: „DRIVE – film, który kręci kobiety”. I muszę przyznać, że pasuje ono jak ulał, gdyż opowiedziane tutaj „love story” sfilmowane jest z takim rozmarzeniem i tak powolnie, że chyba tylko refleksyjne nastolatki są w stanie obejrzeć to bez żadnego ziewnięcia. Nic do tego filmu nie mam, tak samo jak i do wątków tego typu, ale przyznaję, że podczas projekcji zdarzyło mi się ziewać kilka razy… Tak w ogóle to cały film jest bardzo powolny, choć znakomita pierwsza sekwencja tego nie zapowiada. Kiedy oglądałem scenę ucieczki po napadzie, gdzie całość śledzimy tylko i wyłącznie z punktu widzenia tytułowego „Drivera”, pomyślałem sobie: „majstersztyk”. To jak reżyser zbudował napięcie tylko za pomocą fenomenalnej pracy operatora i komunikatów policyjnych rozbrzmiewających w tle, jest naprawdę świetną robotą. I nawet nie było potrzebne żadne tło muzyczne. Niestety chwilę potem Ryan Gosling wpada w sidła miłości, a widz zastanawia się: „co jest grane?!” Oczywiście krytycy pieją z zachwytu nad obrazem Nicolasa Windinga Refna i nie dziwię się, bo film idealnie wstrzeliwuje się w ich gusta, będąc miksem różnych gatunków, jak np. u Tarantino: od sensacji przechodzimy do romansu, potem znów do sensacji, do romansu i tak jeszcze kilka razy, aż do samego końca. Takie produkcje są teraz na topie i jest na nie zapotrzebowanie, tak więc nie dziwi mnie, że taki „Drive” powstał. Z drugiej strony Gosling jest typem bohatera, w którym bez wątpienia zakocha się żeńska część publiczności: milczący twardziel, którego uśmiech i spojrzenie kruszy niewieście serca. No i z miłości dla ukochanej kobiety jest w stanie zadrzeć nawet z mafią… I tutaj ciekawostka: całość ogląda się jak sensacje z lat 80-tych, które można było u nas wypożyczać na VHS. Wtedy żaden szanujący się koneser kina ambitnego nie spojrzałby nawet na „Drive”, ale teraz… Teraz taki film wyświetlany jest na dużym ekranie i jest to WIELKIE KINO. A czy faktycznie tak jest? Moim zdaniem ten film jest naprawdę solidnym połączeniem kryminału i historii miłosnej. Ryan Gosling spisał się znakomicie - korzystając z bardzo oszczędnych środków dał prawdziwy popis gry aktorskiej z najwyższej półki. Reżyser umiejętnie buduje klimat i napięcie, ale – jak dla mnie – nie potrafił tej opowieści zakończyć we właściwy sposób, przez co druga połowa filmu, a już z całą pewnością finał, pozostawiają duży niedosyt. Osobiście wolałbym także, aby całość miała nieco większe tempo. Uważam, że „Drive” miał potencjał, który nie został w pełni wykorzystany, ale to i tak solidny kawałek kina, więc… zdecydowanie polecam.
Ocena: 5

Ona: Mnie historia miłości w tym filmie kompletnie nie poruszyła. Podobał mi się sam klimat filmu, jego oszczędność środków, muzyka. Drażniły mnie natomiast pauzy między dialogami, które ciągnęły się zbyt pretensjonalnie, równolegle do wymiany spojrzeń - w nieskończoność. Reżyser zabawił się z widzami zaskakując wielokrotnie, tworząc niejako antysensację. Akcja rozwija się i gubi wątki, rozwleka i uderza brutalnością, by za chwilę znów się wyciszyć. Końcówka filmu – to szczyt kpiny z widza lubiącego kino akcji. Napięcie rośnie tylko do pewnego momentu – później wszystko się rozmywa i ulatuje w artystyczną abstrakcję. Gosling świetnie odnalazł się w tej roli – była stworzona dla niego. Być może to kolejna próba gry z widzem poprzez łamanie zakodowanych schematów. Dla mnie nie jest to arcydzieło, ale jest wart obejrzenia.
Ocena: 5

Obraz: http://www.filmweb.pl/film/Drive-2011-399746/posters

Skóra, w której żyję / La Piel que habito (2011)

Gatunek: Dramat / Thriller
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Pedro Almodóvar 
Aktorzy: Antonio Banderas, Elena Anaya

Opis filmu: Robert Ledgard jest szalenie bogatym chirurgiem, którego fascynuje stworzenie nowej, niezniszczalnej, ludzkiej skóry. Jego otoczenie zarzuca mu, że balansuje na granicy etyki. Nie wiedzą, że już dawno ją przekroczył. Mroczna tajemnica, którą skrywa, oraz kobieta, którą więzi to tylko kawałki przerażającej układanki...
                       
On: Nigdy nie byłem miłośnikiem, ani nawet po prostu widzem filmów Almodóvara. Jest to kino jak dla mnie zbyt ekstrawaganckie, dziwaczne, a poruszane tam tematy najzwyczajniej w świecie mnie nie interesowały. A jednak postanowiłem udać się do kina na „Skórę, w której żyję”, choć przyznaję, że głównie ze względu na Antonio Banderasa i trailery, które zapowiadały coś w stylu hiszpańskiej wersji thrillera o seryjnym mordercy. Mojego stosunku do twórczości Almodóvara ten film raczej nie zmienił, ale – o dziwo – sam obraz mi się podobał. Interesująca jest konstrukcja fabuły, która umiejętnie zaskakuje widza i to niejednokrotnie. Kiedy już wydaje nam się, że oglądamy historię eksperymentu medycznego (nietypowego co prawda, ale jednak medycznego), całość zmienia się w tragedię rodzinną, aby w końcu przeistoczyć w historię o zemście i szaleństwie. Niektórych ten mix może zrazić, ale mnie szczerze zaintrygował. Ostatecznie całość „ma ręce i nogi”. Niepotrzebnie reżyser w niektórych momentach sięga po zwyczajnie niesmaczne chwyty rodem z Kubricka czy von Triera, z przesadną swobodą epatując erotyką. A może to także chwyty typowe dla Almodóvara? Nie wiem, przyznaję, że nie znam na tyle tego twórcy… Docenić trzeba za to pracę scenarzysty, kompozytora muzyki i operatora. Niektóre obrazy to wręcz poezja. Antonio Banderas i Elena Anaya także spisują się znakomicie. Dzięki nim ta przepełniona mrokiem opowieść momentami zyskuje na romantyzmie. Podsumowując: „Skóra, w której żyję” to film niełatwy, momentami nawet bardzo ciężki, ale historia potrafi zaintrygować i film zasługuje na to, aby się z nim zmierzyć.
Ocena: 5



Ona: Jeśli chcielibyśmy kiedyś połączyć „Frankensteina”, „Milczenie Owiec” i romantyczną telenowelę, to wyszedłby nam... najnowszy film Pedro Almodóvara. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się mi na wspomnienie tego filmu – to specyficzny klimat artystycznych kadrów, staromodnych wnętrz wypełnionych sztuką, które sprawiają, że chciałoby się rozsiąść wygodnie w fotelu z lampką wina i delektować się tą kojącą estetyką. Sama treść filmu jednak czyni to miejsce prawdziwym piekłem na ziemi. Bycie skazanym na piękno okazuje się najsurowszą karą. Kat i ofiara zamieniają się miejscami, podsycani szaleństwem strachu i rozpaczy. Ciało ludzkie staje się wiezieniem i pułapką, w którą wpada sam łowca.
Antonio Banderas jako psychopatyczny lekarz zachwyca klasą swojego aktorstwa. Mimo świetnej roli Eneyi Alayi - ten film należy w pełni do niego. Reżyser w sposób niezwykle precyzyjny zbudował całą intrygę, wodząc widza na manowce, by potem go totalnie zaszokować. Pozorny chaos tematyczny, gatunkowy układa się w makabryczną układankę, która zamienia zachwyt estetyczny widza we wstręt. Jak dla mnie, to bardzo udany film tego reżysera.
Ocena: 5

Obrazy:  http://www.filmweb.pl/film/Sk%C3%B3ra%2C+w+kt%C3%B3rej+%C5%BCyj%C4%99-2011-485620/posters

czwartek, 15 września 2011

Zielona Latarnia / Green Lantern (2011)

Gatunek: Science-Fiction
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Martin Campbell
Aktorzy: Ryan Reynolds, Blake Lively, Peter Sarsgaard 

Opis filmu: We wszechświecie istnieje siła, która strzec ma jego mieszkańców przed wszelkim złem. To Korpus Zielonej Latarni, którego członkowie czerpią moc ze szmaragdowego światła, będącego symbolem wolnej woli. Wobec niebezpieczeństwa największego wroga Korpusu, Parallaxa, nowym Green Lanternem po raz pierwszy w historii zostaje człowiek – pilot Hal Jordan.

On: Kampania promocyjna zapowiadała film mroczny, dynamiczny, z mnóstwem akcji i wynikających z niej emocji. I muszę przyznać, że tego wszystkiego w „Green Lantern” jest niewiele. Po takim reżyserze jak Martin Campbell (twórcy znakomitego „Casino Royale” i „Maski Zorro”) spodziewałem się czegoś więcej. Niestety twórcy postawili na kino będące jak najprostszym odzwierciedleniem tego co było w komiksowym pierwowzorze, tak aby całość była do przyjęcia przez dzieciaki. I w sumie to rozumiem taki wybór – w końcu to jednak komiks. Lecz bardziej dojrzali widzowie mogą czuć się zawiedzeni. I tak całość opowiedziana jest jakby skrótowo, nie zagłębiając się za bardzo w poszczególne wątki i nie pogłębiając sylwetek postaci. Niestety tracą na tym znakomici aktorzy jak Marc Strong, Geoffrey Rush i Tim Robins – miło się ich ogląda, ale zdecydowanie za krótko. Ich postacie zdecydowanie zasługują na więcej uwagi. Skrótowość fabuły powoduje także, że Hal Jordan spędza na Oa (planecie Korpusu) zaledwie jeden dzień (jedno popołudnie?). Odbyty w tak krótkim czasie trening sprawia, że wątpimy w to, że bohater zdolny jest stoczyć walkę z Parallaxem – bestią tak potężną, że zdolną bez problemu pokonać najpotężniejszych Green Lanternów. Finałowe starcie Hala z Parallaxem także jest za krótkie. Uff… Ponarzekałem, więc teraz czas na plusy. Gdyby film wydłużyć o jakies 40 minut to może znalazłoby się wtedy w nim miejsce na wypełnienie tych wszystkich luk i braków o których wcześniej wspomniałem, bo poza tym fabuła jest ok. Ryan Reynolds jako Green Lantern wypada znakomicie. Dzięki niemu udało się twórcom rozładować fajnym humorem momenty, tak często przepełnione patosem w innych produkcjach tego typu. Nie zawodzą efekty specjalne (piękne plenery planety Oa i Parallax), dźwięk i muzyka (wielkie brawa dla Jamesa Newtona Howarda – to jeden z najlepszych score’ów jakie słyszałem w tym roku!). Akcji jest niewiele, ale potyczki herosa mimo wszystko nie zawiodły moich oczekiwań. Fajny mroczny klimat udaje się twórcom osiągnąć w chwilach, kiedy Parallax, próbuje wzbudzić w Jordanie strach. No i to co się z tym wiąże, czyli fajny przekaz dla dzieciaków: nie ulegaj lękom, lecz zwalczaj przeszkody jakie los stawia ci na drodze. Podsumowując: „Green Lantern” to film, który powinien być znacznie lepszy, ale to nadal przyzwoita przygodówka, dla tych, co lubią filmowe adaptacje komiksów.
Ocena: 5






Ona: W pewnym sensie komiksowy wyścig wytwórni zamiast powodować podnoszenie jakości produkcji stał się przyczyną powstania nie do końca dopracowanych filmów jak „Thor” (Marvel), czy właśnie „Green Lathern” (DC). Historia „Zielonej Latarni” ma naprawdę duży, mroczny potencjał. Odebranie „pazura” fabule jako ukłon w stronę młodszej publiczności był poważnym błędem. Świetni aktorzy grają  w niedopracowanym filmie. Oni podnoszą poziom i nadrabiają niedostatki fabuły. „Jeśli coś trwa za krótko, traci sens” - tak głosi hasło reklamowe pewnej sieci komórkowej. Niestety, w przypadku filmu te powiedzenie sprawdza się dobitnie. Najstraszniejsza siła w kosmosie straszy tylko parę chwil, nie wykraczając zbyt wiele poza sceny „sprzedane” w zwiastunach. Również walka finałowa, kończy się tak, jakby wszyscy spieszyli się na lunch i trzeba było wszystko rach – ciach załatwić. Obietnice, że sequel będzie lepszy to dowód na to, że pierwszą część twórcy świadomie tak skonstruowali, bo i tak na siebie zarobi. Dla jasności – sama historia jest naprawdę zaskakująco dobra. Wystarczyło inaczej rozłożyć akcenty czasowe i nie rozwodzić się nad słabym wątkiem miłosnym, który niczego nie wnosi, a rozwinąć historię przemiany samego Hala oraz pokazać potęgę złej mocy.
Ocena: 4+

Popularne posty