Szukaj na tym blogu

środa, 31 sierpnia 2011

Conan Barbarzyńca / Conan the Barbarian (2011)

Gatunek: Fantazy
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Marcus Nispel
Aktorzy: Jason Momoa, Stephen Lang, Rachel Nichols, Ron Perlman

Opis filmu: Kiedy okrutny Khalar Zym ze swoją armią najeżdża na wioskę Cymeryjczyków, mały Conan traci w masakrze całą swoją rodzinę. Chłopiec poprzysięga zemstę i już jako dorosły mężczyzna – będąc niezrównanym wojownikiem miecza – rozpoczyna poszukiwania tego, który niegdyś na oczach malca zamordował jego ojca.
                       
On: „Conan” jest filmem, który miał bardzo dobrą kampanię promocyjną: plakaty, zwiastuny, spoty w TV były znakomite. Co prawda obawiałem się, że film raczej niepotrzebnie wchodzi do kin w 3D, ale widowisko zapowiadało się przednie. Zwłaszcza, że w pamięci miałem jak najlepsze wspomnienia z poprzednim filmem w reżyserii Johna Miliusa. Jedyne czego się obawiałem to fakt, że nowy odtwórca tytułowej roli zawiedzie nie dorównując Arnoldowi Schwarzeggenerowi. Liczyłem, że film ten będzie co najmniej lepszy od „Conana Niszczyciela”, który w przeciwieństwie do oryginału był bardziej komiksowy. Niestety film zawiódł moje oczekiwania, będąc nawet słabszym od „Niszczyciela”, bo nie dość, że jest tak samo komiksowy, to jeszcze nie ma tak dobrej fabuły jak jego poprzednicy. Trzeci film o „Conanie” podobno miał być produkcją przeznaczoną od razu do dystrybucji DVD. Nie wiem ile w tym prawdy, ale sam obraz tak właśnie się prezentuje – jakby w pewnym momencie zdecydowano się na dystrybucję kinową, więc dołożono twórcom nieco więcej pieniędzy, ale niestety nadal za mało. Całość zaczyna się bardzo dobrze: jest dynamicznie, mrocznie, brutalnie (jak na opowieść o barbarzyńcy przystało), a relacja ojca z synem przedstawiona poprawnie. Zaskakująco dobrze wypada Leo Howard jako mały Conan. Dalej jest gorzej. Oczywiście efekty specjalne, kostiumy i charakteryzacja, dekoracje i choreografia walk wypadają bardzo dobrze, ale film ogląda się raczej jak odcinek serialu telewizyjnego niż widowisko fantasy na ekranie kinowym. Jason Momoa jednak pasuje do roli barbarzyńcy idealnie, a Stephen Lang jest dobrym czarnym charakterem. Lecz cała historia nie może kręcić się tylko wokół nich dwóch. Inne postacie nie mają za bardzo szans aby zaistnieć w pełni na ekranie, a niektórzy z kolei są całkowicie zbędni. No i nie wystarczy jedynie lać mnóstwa krwi aby wywołać napięcie – przydałoby się nieco odjąć kolorów, dodać szarości i mroku. Całość powinna być poważniejsza. A więc ten film jest dobrą przygodówką, lecz niczym więcej. Nie przekreślam nowego „Conana”. Wierzę, że kontynuacja – jeśli takowa powstanie – może być znacznie lepsza.
Ocena: 4

Ona: Po seansie najnowszego „Conana” nasunęło mi się kilka wniosków. Po pierwsze Momoa to nie Arnold i co do tego nie ma dwóch zdań, aczkolwiek nowy aktor nieźle sobie radził. Szkoda tylko, że tak mało miał do zagrania, bo fabuła nie jest zbyt mocno rozbudowana. Po drugie – oglądając ten film odnosiło się wrażenie, że twórcy nie mogą się zdecydować czy ma być mrocznie, lekko czy przygodowo. Brakowało mi tu surowego klimatu pierwszego filmu o Conanie, odniesień do poprzednich ekranizacji i trochę większej powściągliwości twórców przed efekciarstwem. Ta historia ma naprawdę duży potencjał, a w najnowszym filmie odnosi się wrażenie, jakby została potraktowana po łebkach. Za dużo niepotrzebnych scen i postaci. Niektóre wątki fabuły wydają się bezsensowne. Duży plus za dobry początek, czarne charaktery i świetną sekwencję walki z piaskowymi wojownikami. Pierwszy film jest nadal moim faworytem.
Ocena: 4

Kowboje i obcy / Cowboys & Aliens (2011)

Gatunek: Science-Fiction / Western 
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Jon Favreau 
Aktorzy: Daniel Craig, Harrison Ford, Olivia Wilde

Opis filmu: Odległe czasy dzikiego zachodu. Arizona. Do Silver City przybywa tajemniczy nieznajomy, który nie pamięta kim jest i skąd pochodzi, ani dlaczego na ręku ma jakąś dziwaczną bransoletę. Przybysz bardzo szybko wplatuje się w konflikt z miejscowym szeryfem oraz groźnym generałem Dolarhydem. Kiedy jednak pewnej nocy nad miestem pojawią się tajemnicze „światła na niebie” wszystko się zmieni. Wtedy bowiem nieznajomy okaże się jedyną nadzieją dla mieszkańców Silver City, w walce z o wiele bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem.
                       
On: Dziwaczny tytuł tego filmu sugeruje jednoznacznie, że musi to być adaptacja komiksu. I dobrze, bo w przeciwnym razie chyba ciężko byłoby się na niego skusić, a tak łatwiej zrozumieć całą konwencję. A właśnie o zabawę konwencją tutaj chodzi. „Kowboje i obcy” jest chyba dziełem kogoś, kto po prostu uwielbia historie o inwazji kosmitów oraz westerny i po prostu postanowił połączyć to co ulubione w spójną całość. Dziwactwo? Może i tak, ale mi taka zabawa konwencją nie przeszkadza, a tutaj sprawdza się znakomicie. Ten film ma wszelkie predyspozycje, aby być hitem: reżyser Jon Favreau (twórca znakomitego „Iron Mana”), producent Steven Spielberg, w obsadzie Daniel Craig i Harrison Ford, do tego jeszcze tytułowi kowboje, kosmici, mnóstwo efektów specjalnych, itd. Jak dla mnie fantastyczna mieszanka, która mogła przynieść obrazowi sukces lub klapę. A jaki jest efekt? Otrzymaliśmy znakomitą przygodówkę, którą bardzo miło się ogląda. Jest to film, który niczego nie udaje, przy okazji dostarczając widzom coś odświeżającego w kinie s-f. Dodatkowy plus za muzykę Harrego-Gregsona Williamsa z fenomenalnym tematem przewodnim. Jak dla mnie zdecydowanie warto!
Ocena: 5+

Ona: Pierwsza myśl jaka mnie naszła po usłyszeniu tytułu tego filmu była zdecydowanie krytyczna i nawet nazwiska Craiga i Forda mnie nie zachęcały. Wręcz przeciwnie – obawiałam się, że jest to niepotrzebne i sztuczne łączenie konwencji tak odległych od siebie. Nie było jednak tak źle. Mocną stroną filmu jest dobra fabuła, która ma wiele tajemnic. Bez tak wyrazistej obsady ten film jednak by się nie udał. To Craig i Ford nadają całości ton i są atrakcyjniejszym elementem, niż sami kosmici. Końcówka uderza w nieco patetyczny ton, ale jeśli w głowie zaświta myśl „to tylko adaptacja komiksu, a nie afgański film o sensie życia”, to wiele w tym filmie można darować i całkiem dobrze się bawić. Myślę że ten film wbrew pozorom daleki jest od kiczu i zadziornie wywalczył sobie miejsce całkiem fajnego s-f tego lata.
Ocena:5



wtorek, 30 sierpnia 2011

Szefowie wrogowie / Horrible Bossess (2011)

Gatunek: Komedia
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Seth Gordon
Aktorzy: Jason Bateman, Charlie Day, Jason Sudeikis, Kevin Spacey, Jennifer Aniston, Colin Farrell, Jamie Foxx

Opis filmu: Nick, Dale i Kurt to być może rzadki przykład osób, które zadowolone są ze swoich posad – ani myślą o rzucaniu pracy, a w perspektywie mają nawet awanse. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden drobny szczegół. Wszyscy trzej prześladowani są przez swoich szefów: psychopatę o skłonnościach zabójcy, zboczoną nimfomankę i ćpuna lubującego się w seksie za pieniądze. Zrozpaczeni bohaterowie postanawiają pozbyć się swoich „prześladowców”, w czym pomóc ma im były recydywista spotkany w podejrzanym barze…

On: Jedno muszę przyznać: pomysł tej komedii jest rewelacyjny. No bo kto nie może się identyfikować z Nickiem, Dalem i Kurtem?  Uwolnić się od uciążliwego, męczącego szefa? Kusząca propozycja. Obraz Setha Gordona często bawi i śmieszy, co było dla mnie dużą niespodzianką, bo raczej nie przepadam za współczesnymi komediami. Intryga jest dobrze pomyślana i przeprowadzona, dzięki czemu całość nie nudzi. Niestety twórcy nie darowali sobie zbyt wielu – jak dla mnie – tzw. „niesmacznych żartów”. Czasami jest tego w nadmiarze. Ale poza tym to po prostu dobra komedia. Aktorzy spisują się znakomicie, a odnajdywanie wielkich gwiazd w epizodach jest przyjemnym smaczkiem. Wielkie brawa przede wszytstkim dla Jamiego Foxxa – jego Dean „MF” Jones to najjaśniejszy punkt tego filmu i jedna z najzabawniejszych postaci jakie ostatnio oglądałem.
Ocena: 4+

Ona: Pomysł jest przegenialny – zebrać do kupy wszystkie najgorsze możliwe cechy złych szefów i wykpić do cna. Film ten w zabawny i lekki sposób pokazuje grupę nieudaczników, którzy nie potrafią przeciwstawić się otwarcie swoim szefom i jedynym wyjściem z sytuacji jest posłanie przełożonych na tamten świat. Ciąg gaf, nieoczekiwanych zwrotów akcji okraszonych sprośnym humorem naprawdę bawi i zaskakuje. Aktorzy świetnie dobrani do swoich ról w genialny sposób oddają charaktery poszczególnych postaci. Parodie charakterystycznych scen z filmów gangsterskich i amerykańskiego kina sensacyjnego (np. numer z neseserem) bawią do łez. Jennifer Aniston pokazała również swoje inne, bardziej perwersyjne oblicze i mimo, iż sceny z jej postacią były najbardziej niesmaczne, to aktorsko spisała się rewelacyjnie. Świetna charakteryzacja Colina Farrella – choć sama postać nieco „przeszarżowana”. Jamie Foxx i Kevin Spacey – pierwsza klasa. Bez nich ten film wiele by stracił. Nie jest to najlepsza komedia, jaką w życiu widziałam ale jedna ze śmieszniejszych na pewno.
Ocena: 4+


Źródło obrazu: http://www.filmweb.pl/film/Szefowie+wrogowie-2011-541045/posters

Larry Crowne – uśmiech losu / Larry Crowne (2011)

Gatunek: Komedia obyczajowa
Kraj produkcji: USA
Reżyser: Tom Hanks
Aktorzy: Tom Hanks, Julia Roberts

Opis filmu: Larry Crowne jest po czterdziestce i mimo że wiedzie życie samotnego mężczyzny, to jest człowiekiem zadowolonym i szczęśliwym, który uwielbia swoją pracę w jednym z większych centrów handlowych. Wszystko jednak diametralnie się zmienia, kiedy Larry zamiast po raz kolejny z rzędu zostać „pracownikiem miesiąca” otrzymuje wypowiedzenie. Po kilku dniach w niepewności mężczyzna – za namową przedsiębiorczego sąsiada – postanawia coś zmienić w swoim „poukładanym” życiu. A zaczyna od… powrotu do szkoły.
           
On: Miły film o miłym facecie, zrobiony przez miłego faceta – tak można krótko streścić ocenianą tutaj produkcję. Jeśli ktoś lubi Toma Hanksa, to na pewno także spodoba mu się wyreżyserowany przez niego film. Jednakże ci, co nie przepadają za przesłodzoną fabułą i happy endami, mogą odczuć podczas seansu lekką irytację. Na szczęście ja należę do tych pierwszych i muszę przyznać, że dobrze mi się tą komedię oglądało. Przyznaję, że całość jest przesadnie schematyczna i przydałoby się tutaj coś, co by rozbudowało fabułę, dorzuciło nowe wątki i uczyniło całość nieco bardziej skomplikowaną (bo może trochę za łatwy w odbiorze jest to film). Ale pomysł jest bardzo ciekawy, sceny z Lamarem (sąsiadem) i te związane ze studiami bohatera szczerze zabawne. Lecz film i tak kradną nauczyciele Larrego, czyli fenomenalna Julia Roberts jako kobieta z problemami i – przede wszystkim – George Takei jako Dr. Matsutani.
Ocena: 4+

Ona:  Jeśli uznamy, że Tom Hanks wypracował sobie filmowy wzór „ciepłego klucha” z uśmiechem dziecka i rozbrajającą nieporadnością godną Misia Puchatka, to w jego najnowszym filmie otrzymujemy nie 100%, a 200% lub nawet 300% dawki tego właśnie wizerunku. Nie można odebrać temu filmowi pozytywnych emocji, humoru czy próby przełamania stereotypowych ról, jak na przykład postać nauczycielki, która zamiast być „kapitanem” rodem ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” ma ewidentny syndrom wypalenia zawodowego i problemy z alkoholem (Julia Roberts bardzo mi się w tej roli podobała). Coś w tym filmie jednak nie gra – oglądając go ma się dziwne uczucie, że to wszystko gdzieś się już widziało i że nie jest on w stanie niczym zaskoczyć. Tchnie to pewnego rodzaju fałszem, słodkim lukrem pod którym zamiast ciastka jest paździerzowa płyta ogranych chwytów. Mimo szlachetnych intencji i miłego przekazu, film mnie nie wzruszył i nie poruszył.
Ocena: 4

Źródło obrazu:  http://www.filmweb.pl/film/Larry+Crowne+-+u%C5%9Bmiech+losu-2011-556934/posters

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Podbój „Planety małp”!

Rozpoczynając nowy etap po 50-siątce, postanowiliśmy nie tracić tempa, ale jeszcze je podwoić lub nawet potroić. Stąd pojawia się nowa formuła recenzji dotycząca kilku wybranych filmów, posiadających wspólny mianownik. Zaczynamy od gorącego tytułu, który  odmieniany jest w mediach i forach związanych z filmem ostatnim czasie przez wszystkie przypadki. Podbijamy "Planetę Małp"!


Planeta małp / Planet of the Apes (1968)
Gatunek: s-f
Reżyseria: Franklin J. Schaffner 
Obsada: Charlton Heston, Kim Hunter, Roddy McDowall
Opis: Trzech astronautów ląduje awaryjnie na planecie, na której rządzą inteligentne małpy, a ludzie sprowadzeni zostali do roli zwierząt eksperymentalnych. Jedyny, któremu udaje się przeżyć – Taylor - postanawia uciec z małpiej metropolii.
Oceny – On: 5+ / Ona: 5+



Planeta małp / Planet of the Apes (2001)
Gatunek: s-f
Reżyseria: Tim Burton
Obsada: Mark Wahlberg, Tim Roth, Helena Bonham Carter
Opis: Astronauta Leo Davidson po przejściu przez tajemniczą kosmiczna burzę, ląduje na planecie opanowanej przez inteligentne małpy. Wkrótce staje on do walki przeciwko małpiemu generałowi Thade, którego celem jest eksterminacja ludzkiego gatunku.
Oceny – On: 5+ / Ona: 5



Geneza planety małp / Rise of the Planet of the Apes (2011)
Gatunek: s-f
Reżyseria: Rupert Wyatt
Obsada: James Franco, Andy Serkis, John Lithgow
Opis: Opowieść o tym, jak inteligentny szympans imieniem Caesar wywołał rewolucję małp przeciwko okrutnym ludzkim panom, co w efekcie doprowadziło do tego, że Ziemia stała się tytułową „Planetą małp”.
Oceny – On: 6- / Ona: 5



 Recenzje

On: W „Planecie małp” zawsze bardzo podobał mi się pomysł. Zarówno w literackim pierwowzorze, jak i w pierwszym filmie z 1968 roku, zamiana ról ludzi i małp jako panów i zwierząt dawała możliwość stworzenia nieprzeciętnej i oryginalnej historii s-f. Z kolei same małpy były zawsze idealną metaforą tego, jacy my sami jesteśmy, doskonale służąca wytknięciu człowiekowi jak egoistyczny jest, samolubny, bezlitosny, okrutny i zbyt często „ślepy i głuchy” na jakiekolwiek argumenty wołające o rozsądek. Żaden film nie jest dosłowną ekranizacją książki „Planeta małp” Pierre’a Boulle i każdy z nich czerpie z niej coś zupełnie innego. Z kolei każdy kolejny film pełen jest odwołań do tego pierwszego z 1968 roku. Zarówno w obrazie z 2011 roku oraz w „Genezie…” pojawiają się pewne postacie, aktorzy, teksty, sytuacje, bądź rekwizyty zaczerpnięte z oryginału. Pierwszemu filmowi tak naprawdę nie można nic zarzucić – to już klasyka. Największymi plusami są tutaj: znakomity scenariusz o wyraźnie pacyfistycznej wymowie i najlepszy ludzki bohater, co bez wątpienia jest zasługą Charltona Hestona. W każdym filmie docenić trzeba ukazanie postaci małp, choć jak dla mnie najlepiej wypadają one w filmie Tima Burtona – nic nie może się równać charakteryzacji Ricka Bakera i fizycznej obecności prawdziwych aktorów na ekranie (na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Tim Roth jako generał Thade). Niepowtarzalną i klimatyczną muzykę do tego filmu skomponował Danny Elfman. Ten film ma jednak pewien minus: bajkowa konwencja Burtona nie do końca pasuje do s-f w klimacie „Planety małp”. Postawiono tutaj większy nacisk nie na przekaz (jak w oryginale) lecz na heroizm głównego bohatera („Będą opowiadać historie o człowieku, który przybył z gwiazd i odmienił nasz świat”, mówi w jednej ze scen bohaterka filmu). Jak więc widać postacie małp zawsze zdołały mnie zachwycić, ale tylko w przypadku „Genezy…” ich los mnie wzruszył. W najnowszym filmie jesteśmy świadkami tragicznego losu, jaki okrutni ludzie zgotowali zwierzętom. Tym bardziej rozumiemy motywy działania głównego bohatera, Cesara (znakomity Andy Serkis), a także powody dlaczego on i jego ziomkowie postanowili się zbuntować. To rzecz jasna jedynie metafora i to w czysto rozrywkowym kostiumie, lecz zdecydowanie trafiająca w sedno i godna uwagi. Z jednej strony, dzięki dobrze przemyślanej fabule, film wywołuje duże emocje, nie pozostawia widza obojętnym i skłania go do refleksji. Z drugiej - efekty specjalne, zdjęcia, montaż i fenomenalna muzyka czynią ten obraz znakomitym kinem przygodowym. I na koniec jeszcze coś: mimo tej całej krytyki odnośnie ludzi, w tych filmach to właśnie człowiek będzie tym kimś, kto w pewnym momencie okaże rozsądek i współczucie.


 
Ona: Koncepcja „Planety Małp” była dla mnie pojęciem zupełnie obcym, odpychającym i sztucznym, do czasu... Obejrzenie pierwszego filmu z cyklu pod tym tytułem, z Charltonem Hestonem w roli głównej, pozwoliło mi na odkrycie ogromnego potencjału tej historii zarówno w warstwie fabularnej jaki i ideologicznej. Koncepcja tego filmu jest bardzo intrygująca i choć film powstał w latach ’60, to jego przesłanie jest wciąż aktualne. Groźba upadku świata, który znamy i to upadku z naszej winy jest wciąż bliska. Pomysł na tę historię jest genialny w swej prostocie – polega na zamianie ról zwierząt i ludzi. Człowiek został sprowadzony do roli podgatunku, który stracił swoje wszystkie cechy, pozwalające dominować nad światem – co więcej – już dawno o nich zapomniał. Nowy porządek świata, z nowymi władcami, ustrojem, nauką, religią jest jedyną, nową rzeczywistością, do której trzeba się dostosować. Film ten jest sądem nad człowiekiem i jego postępkami, zarówno jako jednostki, jak i całego społeczeństwa – bo jak inaczej można nazwać uciskanie słabszych w imię własnego prawa, trzymanie w kłamstwie i wykorzystywanie religii by utrzymać dominację i władzę, czym jest nauka, która przekracza granice etyczne  w imię postępu. Film ten jak na swoje czasy zachwyca od strony wizualnej i technicznej (np. scena lądowania statku kosmicznego), muzycznej, jak również gry aktorskiej. Najważniejsza w nim jest fabuła a nie akcja. Niesie ona w sobie wiele egzystencjalnych pytań i jest kpiną na nasz model świata gdzie człowiek jest panem wszechrzeczy i wszystko, czego dotknie, lub na czym zatknie flagę należy do niego. Małpy to tylko odbicie w krzywym zwierciadle nas samych i od tego odbicia nie ma ucieczki, bo Planeta Małp to Planeta Ludzi.
Planeta małp u Tima Burtona to zupełnie inny film – tutaj postawiono zdecydowanie na stronę wizualną – wspaniałe kostiumy i charakteryzacja, aktorzy, którzy odgrywają perfekcyjnie małpie gesty i ruchy, sceny akcji, pościgi. Od strony technicznej jest świetnym widowiskiem, brakuje mi w nim jednak tego głębszego przesłania, które zawarte było w pierwszym  obrazie. Najnowszy film odbiega treścią zupełnie od dwu wcześniej wspomnianych obrazów, lecz nie brakuje w nim odwołań do poprzednich filmów z tego cyklu. Świetny od strony gry głównych aktorów oraz muzyki. Fabuła ma bardzo ciekawą koncepcję, bo ma swój początek w szlachetnej idei znalezienia leku. W konsekwencji doświadczeń i eksperymentów na małpach, stworzono wirusa, który wzmacnia funkcje poznawcze małp, ale eliminuje człowieka. Początek „Planety Małp” jest tu wynikiem nie tyle przypadku, co zachłanności i głupoty. Obraz skupia się głównie na postaci Caesara – nieprzeciętnie inteligentnej małpy, która wychowała się w ludzkiej rodzinie, jako jej członek. Śledząc jego losy rozumiemy jego dalsze wybory i ich konsekwencje. Film porusza problem przekraczania granic etycznych w imię „większego dobra”, odmienności i tożsamości istoty, która będąc zwierzęciem zyskała ludzkie spojrzenie na rzeczywistość. Pomimo dość widocznej wirtualności postaci, historia wciąga i wzrusza.







Źródło obrazów:
http://www.filmweb.pl/film/Geneza+planety+ma%C5%82p-2011-558709/posters

__________ Złote Bilety 2010 _________

Jubileusz zobowiązuje do pewnych podsumowań i do wywiązania się z obietnicy jaką niesie w sobie podtytuł naszego bloga, czyli stworzenie subiektywnego, damsko - męskiego rankingu filmowego. Tak zrodził się pomysł na wyróżnienie obrazów i ich twórców symbolicznymi nagrodami. Oto laureaci nagrody Złoty Bilet 2010. Do nagrody wytypowaliśmy obejrzane przez nas filmy, które miały premierę w Polsce (kino oraz DVD / BR) w ubiegłym roku. Z 47 obrazów wyłoniliśmy te, które naszym zdaniem najlepiej spisały się w 29 kategoriach. Zapraszamy do zapoznania się z naszymi typami. A wy komu i za co dalibyście Złoty Bilet?







**** 50 **** To Skomplikowane / It’s Complicated (2009)


Gatunek: Komedia
Reżyser: Nancy Meyers
Kraj produkcji: USA
Obsada: Meryl Streep, Alec Baldwin, Steve Martin

Opis: Jake i Jane po dziesięciu latach od rozwodu spotykają się przy okazji imprezy u znajomych. Oboje mają już poukładane swoje życie i plany. Kolejne spotkanie, związane z ukończeniem szkoły przez ich wspólnego syna, rozbudza w obojgu dojrzałych już ludzi  nadzieję na odnalezienie utraconego wzajemnego uczucia. Przeszkodą jest jednak fakt, iż Jake ma nową żonę i synka a Jane nie jest pewna czy chce tego romansu ze swoim...byłym mężem, zwłaszcza że pojawia się w jej życiu kolejny mężczyzna. To skomplikowane...

On: Film o tym, jak po latach ludzie zmieniają się wewnętrznie, jak odkrywają w sobie nowe pokłady żywiołowości, energii, chęć do zdobywania radości, szczęścia a przede wszystkim miłości. Zdaniem twórców nigdy nie jest za późno, aby przeżyć wielką wymarzoną miłość. I trudno się z nimi nie zgodzić. Już dawno nie oglądałem tak szczerze zabawnej komedii, co bez wątpienia jest zasługą mądrej fabuły i znakomitych aktorów: Meryl Streep, Alec Baldwin, Steve Martin to klasa sama w sobie, a młodsi bohaterowie dzielnie towarzyszą im na ekranie. A wszystko to w rytmie świetnej muzyki. Kapitalny film – szczerze polecam.
Ocena: 5+

Ona: Absolutnie uroczy, ciepły film, mówiący z żartem ale bez ignorancji o delikatnej materii, jaką jest rozwód, radzenie sobie z samotnością, dawanie drugiej szansy komuś, kto już kiedyś zawiódł. To nie cukierkowa, głupawa komedia, ale całkiem życiowa i pełna trudnych wyborów opowieść o tym, że konsekwencje pewnych decyzji są nieodwracalne. A najważniejsza w tym wszystkim jest miłość, która przychodzi w każdym wieku i z najmniej oczekiwanej strony. Aktorzy po prostu „swobodnie płyną” w swych rolach bez „napinki” i z dużą dozą dystansu do samych siebie i do swojego wieku. Muzyka cudownie podkreśla nastrojowy charakter filmu. Pierwszorzędna propozycja na pierwszą randkę. Przetestowaliśmy J
Ocena: 5+

Źródło obrazu: http://www.filmweb.pl/film/To+skomplikowane-2009-342997/posters

niedziela, 7 sierpnia 2011

Życie ukryte w słowach / La Vida secreta de les paraules (2005)

Gatunek: Melodramat
Reżyser: Isabel Coixet
Kraj produkcji: Hiszpania
Obsada: Sarah Polley, Tim Robbins

Opis: Hanna jest cichą skromną pracownicą fabryki. Zostaje wysłana na przymusowy urlop, w czasie którego zgłasza się na ochotniczkę, by opiekować się poparzonym mężczyzną na platformie wiertniczej. Oboje skrywają trudne tajemnice, które przy wzajemnym, niełatwym poznaniu powoli wychodzą na światło dzienne.



On: No cóż, jak dla mnie „Życie ukryte w słowach” zaczyna się – niestety – jak typowe kino ambitne. Mówię „niestety”, bo koneserem kina ambitnego nie jestem. Co więc dostajemy na wstępie? Dziwne sceny z niejasnymi (oczywiście na pozór) dialogami lub „denerwującą” ciszą. Główna bohaterka, Hanna, snuje się po ekranie z „dołem” na twarzy, jakby chciała przemówić do widzów: „Zarażę nim was wszystkich!” Jak ja tego nie cierpię... To momenty, których pełno w kinie Von Triera, a podobni bohaterowie stali się już znakiem rozpoznawczym jego filmów. No, ale tutaj już się poprawiam: chciałem powiedzieć, że „tego” kiedyś nie cierpiałem, bo teraz już tą konwencję rozumiem (jeśli słowem „konwencja” można to w ogóle określić). Historia ulega znaczącej zmianie kiedy Hanna trafia na platformę wiertniczą. Poznajemy tam gromadkę ciekawych osób, pewną towarzyską gęś, no i rozpoczyna się wątek przyjaźni między dziewczyną z problemami i Josefem, który - a jakże(!), to w końcu kino ambitne(!) – od problemów nie stroni. A tak naprawdę to problemem Josefa są groźne oparzenia. No i zaczyna rodzić się więź między chorym i jego pielęgniarką. I w tym miejscu… jak dla mnie zaczyna się to, co świadczy o potędze tego obrazu. Dostajemy bowiem opowieść o ludziach samotnych, których samotność z jednej strony boli, lecz z drugiej tak są z nią oswojeni, że inaczej już nie potrafią żyć. To samotność, która pozwala im odetchnąć, odpocząć, być bezpiecznymi. Nie łatwy to temat i podjęcie go groziło popadnięciem w banały, lecz twórcom filmu udało się opowiedzieć o tym bezbłędnie. I tutaj największy plus filmu: „Życie ukryte w słowach” nie katuje widza nieustanną tragedią, lecz daje nadzieję głównej bohaterce, że mimo dręczących ją koszmarów – tych z przeszłości i z dnia obecnego – może w końcu pojawić się ktoś, kto spojrzy dalej, w głąb osoby, dostrzegając w niej nie tylko smutek i ból, lecz także coś więcej, co kiedyś ukryte zostało głęboko. Niezwykle optymistyczna to myśl, raczej rzadka w kinie ambitnym. Dlatego bez wahania daję ocenę najwyższą.
Ocena: 6  

Ona: Nie będę ukrywać, że to jeden z moich ulubionych filmów. Poraża prostotą obrazu, oszczędnością środków i słów przy jednoczesnym, ogromnym strumieniu emocji, jakie stopniowo uwalnia. Tajemnicza kobieta i dziecięcy głos z offu na początku intrygują, by na końcu donioślej mógł zabrzmieć krzyk wołania o to, by nie zapominać, pochopnie nie oceniać. To hołd dla ludzi zranionych, którzy muszą z poczuciem krzywdy i wstydu żyć dalej, ale też piękna historia uczucia, które może leczyć i dawać siłę by sprostać cieniom przeszłości. Film ten jest kameralny, doskonale zagrany i ostatecznie dający nadzieję. Oglądając go stajemy się świadkami jak dwoje ludzi zrzuca stopniowo swoje maski i pancerze obronne przed światem, by stanąć niemalże dosłownie nagimi przed sobą – w całej prawdzie, która niejednokrotnie jest zbyt bolesna, by ktokolwiek mógł to znieść. Pełna akceptacja i miłość stają się początkiem nowego etapu, który pozwala cieniom przeszłości ustąpić miejsca. To wołanie o humanitaryzm i o pamięć, bo świadkowie tragicznych wydarzeń wcale nie tak odległych czasów wciąż żyją, ale ich życie zostało na zawsze złamane.
Ocena: 6

Źródło obrazu: http://www.filmweb.pl/Zycie.Ukryte.W.Slowach/posters

piątek, 5 sierpnia 2011

Capitan America: Pierwsze starcie / Capitan America: The first Avenger (2011)

Gatunek: Science - Fiction
Reżyser: Joe Johnston
Kraj produkcji: USA
Obsada: Chris Evans, Hayley Atwell, Tomy Lee Jones, Hugo Weaving

Opis: Czasy drugiej wojny światowej. Steve Rogers chce zaciągnąć się do wojska, jednak jego niski wzrost, kiepska kondycja fizyczna oraz kłopotliwa astma skutecznie mu to utrudniają. Wszystko zmienia się gdy Steve poznaje profesora Erskine’a, który kieruje go do tajnego programu stworzenia „superżołnierza”. Już wkrótce bohaterowi przyjdzie się zmierzyć z groźnym fanatykiem i faszystą – Johannem Schmidtem, którego celem jest „spalenie połowy świata”.

On: Zaskakująco dobry film. Muszę przyznać, że Joe Johnston skutecznie przerobił na film komiks, który dla mnie był nieznośnie “amerykański” i patetyczny. Tak samo z resztą postrzegałem samego bohatera. Więc potrzebny był film, który zniesie mit Kapitana Ameryki i to się twórcom udało pierwszorzędnie. Steve Rogers jako “niziołek” wypada znakomicie, nawet lepiej niż sam heros. Ale ten także wypada świetnie – to nie jest pomnik ku chwale Ameryki, lecz biedak podstępnie wmanipulowany w kampanię, podczas której musi namawiać do kupowania rządowych obligacji wojennych. Sceny, które to ukazują, to oczywista kpina. I dobrze. Dzięki temu doceniamy późniejszy heroizm Kapitana, który walczy w imię własnych przekonań, a nie w imię pustych ideologii jakiegokolwiek kraju. Znakomicie wypadają Chris Evans i Hugo Weaving. Obraz ma fajny klimat, który oddają kostiumy, rekwizyty, sfilmowane plenery i lokalizacje. Jeśli zapomnimy o beznadziejnym polskim tytule okaże się, że “Capitan America: The first Avenger” to bardzo fajna przygodówka zbliżona klimatem do np. “Indiany Jonesa”. Tyle że zamiast gościa w kapeluszu, mamy tutaj faceta w kolorowym trykocie. No ale jest to ekranizacja komiksu Marvela, więc tak ma być.
Ocena: 5+  

Ona: To kolejny film z serii “ Łee, nigdy tego czegoś nie obejrzę”, ale potem spoty były coraz lepsze, a klimat retro bardzo zachęcający. Nie tylko się nie zawiodłam, ale i szczerze zaskoczyłam. Poziom dystansu do postaci i całego patosu jest jego największą zaletą. Twórcy potrafili sprostać wymaganiom współczesności i nie zanudzić widza fałszywą nutą nadęcia i niepotrzebnej egzaltacji. Główny bohater jest bardzo ludzki, a jego historia przed “przemianą” pozwala poznać go od strony wrażliwości i psychiki. Na szczęście dla fanów komiksu nie jest to dramat psychologiczny, ale żywa, barwna historia, którą bardzo dobrze się ogląda, choć nie jest przeładowana efektami specjalnymi. Film, lekki ale nie na tyle, żeby odbić się u widzów czkawką. Pozostawia po sobie wrażenie dobrze opowiedzianej historii. Bije “Thora” o lata świetlne, jeśli chodzi o poziom.
Ocena: 5

Popularne posty