Kraj produkcji: USA
Reżyser: Pedro Almodóvar
Aktorzy: Antonio Banderas, Elena Anaya
Opis filmu: Robert Ledgard jest szalenie bogatym chirurgiem, którego fascynuje stworzenie nowej, niezniszczalnej, ludzkiej skóry. Jego otoczenie zarzuca mu, że balansuje na granicy etyki. Nie wiedzą, że już dawno ją przekroczył. Mroczna tajemnica, którą skrywa, oraz kobieta, którą więzi to tylko kawałki przerażającej układanki...
On: Nigdy nie byłem miłośnikiem, ani nawet po prostu widzem filmów Almodóvara. Jest to kino jak dla mnie zbyt ekstrawaganckie, dziwaczne, a poruszane tam tematy najzwyczajniej w świecie mnie nie interesowały. A jednak postanowiłem udać się do kina na „Skórę, w której żyję”, choć przyznaję, że głównie ze względu na Antonio Banderasa i trailery, które zapowiadały coś w stylu hiszpańskiej wersji thrillera o seryjnym mordercy. Mojego stosunku do twórczości Almodóvara ten film raczej nie zmienił, ale – o dziwo – sam obraz mi się podobał. Interesująca jest konstrukcja fabuły, która umiejętnie zaskakuje widza i to niejednokrotnie. Kiedy już wydaje nam się, że oglądamy historię eksperymentu medycznego (nietypowego co prawda, ale jednak medycznego), całość zmienia się w tragedię rodzinną, aby w końcu przeistoczyć w historię o zemście i szaleństwie. Niektórych ten mix może zrazić, ale mnie szczerze zaintrygował. Ostatecznie całość „ma ręce i nogi”. Niepotrzebnie reżyser w niektórych momentach sięga po zwyczajnie niesmaczne chwyty rodem z Kubricka czy von Triera, z przesadną swobodą epatując erotyką. A może to także chwyty typowe dla Almodóvara? Nie wiem, przyznaję, że nie znam na tyle tego twórcy… Docenić trzeba za to pracę scenarzysty, kompozytora muzyki i operatora. Niektóre obrazy to wręcz poezja. Antonio Banderas i Elena Anaya także spisują się znakomicie. Dzięki nim ta przepełniona mrokiem opowieść momentami zyskuje na romantyzmie. Podsumowując: „Skóra, w której żyję” to film niełatwy, momentami nawet bardzo ciężki, ale historia potrafi zaintrygować i film zasługuje na to, aby się z nim zmierzyć.
Ocena: 5
Ona: Jeśli chcielibyśmy kiedyś połączyć „Frankensteina”, „Milczenie Owiec” i romantyczną telenowelę, to wyszedłby nam... najnowszy film Pedro Almodóvara. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się mi na wspomnienie tego filmu – to specyficzny klimat artystycznych kadrów, staromodnych wnętrz wypełnionych sztuką, które sprawiają, że chciałoby się rozsiąść wygodnie w fotelu z lampką wina i delektować się tą kojącą estetyką. Sama treść filmu jednak czyni to miejsce prawdziwym piekłem na ziemi. Bycie skazanym na piękno okazuje się najsurowszą karą. Kat i ofiara zamieniają się miejscami, podsycani szaleństwem strachu i rozpaczy. Ciało ludzkie staje się wiezieniem i pułapką, w którą wpada sam łowca.
Antonio Banderas jako psychopatyczny lekarz zachwyca klasą swojego aktorstwa. Mimo świetnej roli Eneyi Alayi - ten film należy w pełni do niego. Reżyser w sposób niezwykle precyzyjny zbudował całą intrygę, wodząc widza na manowce, by potem go totalnie zaszokować. Pozorny chaos tematyczny, gatunkowy układa się w makabryczną układankę, która zamienia zachwyt estetyczny widza we wstręt. Jak dla mnie, to bardzo udany film tego reżysera.
Ocena: 5


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz